Szukaj

Jak to się wszystko zaczęło?

Marta, 12 maj 2019
Jak to się wszystko zaczęło?

Jak to się wszystko zaczęło?

Skąd pomysł na zajmowanie się ceramiką? Czy skończyłaś jakąś szkołę artystyczną?

To pytania, które często się powtarzają i świetnie pasują na temat jednego z pierwszych postów na blogu.

Sama nie mogę uwierzyć, że to już dwa lata, odkąd zajmuje się ceramiką i prawie rok, odkąd to moja pełnoetatowa praca. Czasami, jak sobie o tym przypomnę, to wraca moja stara panika: czy sobie poradzę, czy będę miała z czego opłacić czynsz i czy uda mi się jeszcze kiedyś pojechać na wakacje? Słuchajcie, udaje się. Na wakacje jeździmy, czynsz opłacony, a to praca jak każda inna, wiec dlaczego miałabym sobie nie radzić?

To było tak:

Zrobiłam licencjat na warszawskiej ASP na Sztuce Mediów, które właściwie nic z rzemiosłem nie miały wspólnego, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Za to nauczyłam się jak korzystać z aparatu, pracować w grupie, zwiedziłam też z tymi ludźmi kilka fajnych miejsc robiąc sztukę i przekonałam się, że najpierw trzeba mieć koncepcję i szkic, a potem dopiero zabierać się do pracy. I wtedy tez pojawił się dylemat - czy ja napewno chcę być artystką?

Równolegle przez cały ten czas rysowałam i prowadziłam bloga Kupa rysunków, na którym wyżywałam się mazakami i szybkimi szkicami ołówkiem. Stwierdziłam w końcu, że spróbuje swoich sił w grafice i na drugi stopień studiów poszłam właśnie na Grafikę. Bo przecież hajs musi się zgadzać, a bycie ilustratorem to taka super praca. Na początku podchodziłam do zajęć z pełnym zaangażowaniem, oprócz malarstwa do którego jakoś zupełnie nie mam serca (lub cierpliwości). I może tutaj powinnam napisać: I TAK TO SIĘ ZACZĘŁO

No bo jak tu zrobić prace malarską, unikając stania przy sztaludze i szkicowania modelki na dużym formacie? Wymyśliłam sobie projekt, w którym zainspirowana wiszącymi kiedyś na ścianach dekoracyjnymi talerzami, wymienię płótno na ceramikę. Kupiłam farbki naszkliwne wypalane w piekarniku, białe talerze w ikei i coś tam zaczęłam dłubać. Po jakimś czasie te rysunki zaczynały się ścierać, a kształty talerzy jakoś mnie znudziły. Idąc za ciosem zapisałam się na warsztaty z ceramiki, bo przecież fajnie byłoby zrobić własne talerze.

Ceramika 1.0, podstawowe techniki ręcznego lepienia z płata, wałeczków, odciskanie w formach. Zajęcia super, szczególnie ze Krzysiek, który je prowadzi, na początku takich warsztatów robi cały wykład, opisujący jak powstaje ceramika i przestrzega, że jest to proces długi i dla cierpliwych. Ja cierpliwa szczególnie nie byłam, ale jak pierwszy raz siadłam przy kole garncarskim, to od razu poczułam, że będę musiała się tej cierpliwości nauczyć. Na zajęcia chodziłam dwa razy w tygodniu, potem trzy, wreszcie zaczęłam przychodzić do pracowni już nie tylko na warsztaty, ale właściwie w każdy swój wolny dzień. Tworzenie nowych przedmiotów podobało mi się tak bardzo, że w końcu rzuciłam studia i zajęłam się tylko tym - żałujcie, ze nie widzieliście miny moich rodziców, która wyglądała, jak „coś ty znowu wymyśliła?!” Podejmowałam się wielu dziwnych prac, które nie rzadko rzucałam w połowie, więc mogłam się spodziewać takiej reakcji.

W międzyczasie zaczęłam pracować jako kelnerka, tipy opłacały mi nie tylko czynsz, ale sporo zostawało też na glinę. Ta praca na tyle nie wymagała myślenia, że całą swoją energię wsadzałam w projektowanie nowych form i naukę. Śmiać mi się chce, jak teraz o nich myślę. Kiedy uczyłam się toczyć, to stawałam sobie granice wielkości, im większe tym lepsze, wiec toczyłam ogromniaste wazony, często składające się z 3-4 części, które potem łączyłam. Wielkie i ciężkie misy z grubym dnem tez były w moim menu. A co tam, jak szaleć to szaleć! Potem się przekonałam, ze nie sztuką jest wytoczyć taki jeden przedmiot a raczej 20 mniejszych, ale identycznych. Te pierwsze naczynia do tej pory mamy w domu, ja nie mogę na nie patrzeć, za to mój partner Olek, który na co dzień jest kucharzem, wykorzystuje je w bardzo kreatywny sposób. Swoją drogą, bardzo miło jest mieć takiego Olka na początku swojej pracy z rzemiosłem. Wspiera, kiedy Ty już masz ochotę rzucić wszytko w cholerę, a i kartony z ciężkimi skorupami poniesie.

Pierwszy raz te kartony nieśliśmy na Zoo Market, takie targowisko na powietrzu, na warszawskiej Pradze. Całe pięć miesięcy po tym, jak pierwszy raz dotknęłam gliny. Byłam super dumna, że udało mi się przygotować kilka dużych wazonów, parę kubków i talerzy, a jednocześnie super przerażona, bo nie wiedziałam czy ktoś je kupi. Pamietam, że niewiele wtedy sprzedaliśmy, ale zawsze coś. Wtedy nie chodziło o wynik, tylko o te miłe słowa, które usłyszeliśmy od odwiedzających. Wszystkie uwagi zapisywaliśmy a potem uwzględniałam je przy kolejnych pracach. Bo przecież tych prac na końcu nie robię tylko dla siebie, ale też dla użytkowników. Oczywiście nie sprzedam pracy, która mi się nie podoba, ale staram się rozważyć wszystkie sugestie i komentarze. Bardzo polecam wszystkim Wam, którzy zaczynają coś tworzyć, żeby na takie targi pojechać. Szczególnie na takie, gdzie opłata za stoisko nie jest duża, możecie się wiele nauczyć i na pewno wrócicie z nową energią i pomysłami do pracy.

Jak już mówię o początkach, to jest jeszcze jedno wydarzenie, które dało mi prawdziwego kopa i potwierdziło, że ceramika to to. Dostałam pierwsze zlecenie z restauracji, w której wtedy pracowałam. I, jak na nowicjusza przystało, kompletnie nie umiałam wycenić swojej pracy i, co najważniejsze, czasu, ile mi to zlecenie zajmie. W dwa miesiące miałam zrobić 50 sztuk dużych talerzy, które miały przetrwać restauracyjny ruch, zmywarki i wyparzarki.

Udało się, ale popełniłam przy tym mnóstwo błędów. Nie uwzględniłam na przykład czasu na prototyp, co zajęło dłużej, niż planowałam. Przez cały ten czas pracowałam na pełen etat, więc w pracowni siedziałam do późnych wieczorów, co w stresie nie pomagało. Udowodniłam sobie za to, ze da się na ceramice zarabiać, tylko proces wymaga udoskonalenia.

Praca na dwa fronty trochę trwała, bo cały rok. Rozmów o tym, ze powinnam rzucić etat i zająć się ceramiką full time nie było końca. Olek pchał i naciskał a ja rozumiałam, ale ten strach wciąż mnie paraliżował. Sprawa rozwiązała się naturalnie. Jeździliśmy na coraz więcej wydarzeń, sprzedawaliśmy coraz więcej rzeczy. Jak doszło do momentu, ze mam więcej zleceń niż czasu to zaczęłam oddawać kolejne zmiany w pracy i przesuwać granicę.

Ostatecznie, latem zeszłego roku zajęłam się już tylko ceramiką i jak na razie nie żałuję :)

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów